Outside the social box

Domówki u znajomych oprócz tego, że pozwalają się wyrwać z domu i świata social mediów mają również inny plus. Spotykasz ludzi, którzy są totalnie spoza Twojego grafu społecznościowego i którzy ni w ząb nie rozumieją co robisz pracując w marketingu. Jakie drzwi to przed Tobą otwiera?

Bądź “soszialistą” we własnym domu

Wiadomo jak wyglądają takie imprezy. Jest kilka grup, które należą do social grafu gospodarza, na początku wszyscy siedzą z tymi, których znają, dopiero potem biesiadnicy zaczynają się integrować. To takie budowanie krótkotrwałej społeczności na poziomie mikro. Tylko tak jak napisałem, jeśli przychodzisz na taką imprezę, prawdopodobnie wiele osób nie zna Ciebie, nie rozumie Twojej pracy… Są z zupełnie innego miejsca na mapie społecznościowej.

Czemu do tego nawiązuję? Otóż zdarzyło mi się oblecieć dwie imprezy jednego wieczora. Na obydwu zaproszonych gości można było podzielić na swoich i obcych. I to Ci obcy zabili mi ćwieka. No bo jest jak zwykle rozmowa: co robisz, czym się zajmujesz bla bla bla bla…

I teraz pytanie drogi czytelniku. Co byś odpowiedział? Prawdopodobnie tak jak ja, zajmujesz się marketingiem/bloggingiem/mediami społecznościowymi. Co wtedy mówisz takiemu rozmówcy? Ja zazwyczaj: prowadzę profile na Facebooku. A to się kończy oczami jak złotówki i kolejnymi zapytaniami w stylu “Czyli pracujesz dla Facebooka?!” I to są ludzie, którzy korzystają z Facebooka, którzy wchodzą w interakcję z prowadzonymi przez nas markami. Taki zwykły szary Kowalski, do którego musimy jakoś dotrzeć z naszymi komunikatami. Ktoś kogo mamy przekonać do marki za którą jesteśmy odpowiedzialni. To lekcja numer jeden, wczuj się w swojego odbiorcę, pomyśl jak on to będzie odczytywać, a nawet przemyśl, czy Twoja mama zrozumie ten komunikat. Jeśli tak, to znaczy, że robisz dobrą robotę. 😉

Blogerem być

Lekcja numer dwa, to test wiary. Wiary ludzi, którzy Cię otaczają w to co robisz. Znowu sytuacja w czasie posiadówki, gdzieś w tle muzyczka, alkohol. Toczy się jakaś rozmowa ze znajomymi, gdy nagle ktoś wychwytuje wyjęte z kontekstu (i rzucone żartem) zdanie “To będzie zrobione za lans…”. Zaczyna się oburzenie, wytykanie palcem i rzucane opryskliwie –  “Za kogo Ty się uważasz?!”

No właśnie, za kogo? Ja uważam się za blogera, który całkiem dobrze radzi sobie na poletku marketingowym. Jasne, każdy kto bloguje i osiąga jakieś sukcesy pompuje sobie ego, inaczej w ogóle byśmy się w to nie bawili. Ale co jeśli ktoś traktuje śmiertelnie poważnie to co powiesz sobie półżartem do ludzi, którzy Cię znają (a co za tym idzie Twój personal brand)? Wtedy wkraczają adwokaci marki blogera. Ludzie, którzy go czytają, znają i szanują za to co robi (choć też mogą nie kumać tego co robi nawet w 60%). Płacą mu swoją uwagą i sympatią. I w takich sytuacjach to oni zabierają głos, to oni tłumaczą jak krowie na miedzy co Ty właściwie robisz i dlaczego.

Łatwo to również odnieść do brandów i mediów społecznościowych. Możesz nie znać marki na wylot, ale jeśli z nią sympatyzujesz, jeśli nie zawiodłeś się na produkcie/usłudze/obsłudze to prawdopodobnie będziesz jej bronić choćby w minimalnym stopniu. W stopniu, który po prostu przygasi ogień krytyki.

Dwie lekcje percepcji

Zatem jeśli umiesz wyjaśnić trudne zagadnienia w prostych słowach i przetłumaczyć coś osobie, która jest spoza Twojej grupy docelowej wygrywasz. Jeśli umiesz zbudować za sobą mur, grupę adwokatów marki, również punktujesz. Spójrz czasami jako osoba trzecia na swoją pracę, jako osoba średniowykształcona, nie obyta w mediach społecznościowych/grach/marketingu whatever… Pomyśl co można zrobić prościej, ale nie prostacko.

Rzekłem!

Jakub “Pijaru Koksu” Prószyński

[counterize]

Tagi: , , , , , , , , , , ,