Koksu po godzinach…

Dziś wpis trochę poza osią tematyczną bloga, ale myślę, że wybaczycie mi ten wyskok. Ten wpis to taki mój ukłon w stronę work – life balance i pokazania co poniektórym, że nie tylko siedzę na marketingowych blogach, ale też czasami trochę się zrelaksuję. Liczę również na Wasze komentarze w których nawiążecie do tego, co tu opiszę. Zróbmy sobie taki mały crowdsourcing inspiracji.

Koksu po godzinach

Po wyjściu z biura potrzebny jest dobry soundtrack, żeby przetrwać w jednym kawałku podróż komunikacją miejską. Na szczęście zaopatrzyłem się jakiś czas temu w Spotify Premium i mam czego słuchać, żeby nie musieć chłonąć informacji od współpasażerów, bo naprawdę mało mnie obchodzi kto ma jakie schorzenia i dlaczego Tomek jest głupi. Zatem na pierwszy ogień idą trzy inspiracje muzyczne dla Was. Trochę zróżnicowane gatunkowo, ale ja staram się nie zamykać na różne nurty. Mój wygląd może niektórych zwodzić, ale playlisty na Spotify prawdę Wam powiedzą i nie samym metalem człowiek żyje, choć od niego zacznę.

2013-09-15 17

Taki moje małe odkrycie sprzed dwóch lat. Zespół Soil, który serdecznie polecam fanom ciężkiego brzmienia, ocierającego się o grunge, z lekkimi domieszkami południowego metalu (jeśli słuchaliście kiedyś Pantery albo Down, to właśnie chodzi o taki lekki dół w utworach). Okazało się, że niedawno do zespołu wrócił syn marnotrawny w osobie Ryana McCombsa i to głównie płyty z jego udziałem mogę Wam polecić. Soczyste riffy, potężna sekcja rytmiczna i ogromna elastyczność głosowa Ryana. Od delikatnych szeptów, przez melodyjne śpiewanie z chrypką, po wrzask, który zbudzi nawet umarłego. Bardzo energiczna muzyka, a utwór Halo miałem kiedyś na budziku w telefonie. Poniżej macie zapis całego koncertu po powrocie McCombsa na łono zespołu.

Zmieniamy stylistykę. Bardzo często słucham dwóch soundtracków. Z Krucjaty i Ultimatum Bourne’a. Już tłumaczę dlaczego. Pewnie w dzieciństwie często wyobrażaliście sobie, że jesteście śledzeni, podłoga to lawa, a poduszki to fort, prawda? Otóż ja postanowiłem nie wyłączać u siebie dziecięcej frajdy i wyobrażeń. Gdy bardzo się gdzieś spieszę włączam sobie chociażby utwór Waterloo wyobrażając sobie, że jestem śledzony. Przemykam przez tłum, czuję się obserwowany. Jeśli jeszcze pada deszcz to w ogóle full efekt. Naprawdę spróbujcie kiedyś sobie coś takiego zrobić, choćby dla eksperymentu. Wybierzcie jakiś soundtrack i poczujcie się jak bohaterowie filmu.

Właśnie, filmy i seriale (o tych drugich kiedy indziej). Bardzo lubię szperać w utworach, które są wykorzystywane w openingach i trailerach. W taki oto sposób natrafiłem na piosenkę, którą można usłyszeć podczas napisów w serialu The Viking. „If I Had A Heart”, bo tak się nazywa ta piosenka, to prawie cztery minuty, który w mroczny i bardzo mistyczny sposób umiliła mi wiele wieczorów spędzonych z książką. Ogólnie jeśli chodzi o muzykę to potrafię być bardzo monotematyczny i słuchać jednego kawałka po kilkadziesiąt razy dziennie. Ten jednak nie znudził mi się od dobrych kilku miesięcy.

A może bym w coś pograł?

1264347_511865175568508_1039775371_o

Gry video są może nie moją pasją, ale elementem życia tak gdzieś od roku 2000 bodajże. Wtedy to zacząłem coraz bardziej interesować się nimi i kupiłem swój pierwszy numer CD Action, a drugi mam do dzisiaj. Ze względu na genialną recenzję Diablo 2. Gra ta towarzyszyła mi praktycznie przez 12 lat (sic!), bo grałem w nią raz do roku, przechodząc całość jedną z postaci i odinstalowywałem. Po prostu musiałem się wyżyć na sługach zła. Jednak to nie o Diablo chciałem opowiedzieć, bo mam też kilka innych tytułów, które darzę ogromną sympatią lub nostalgią.

Ogólnie jestem osobą, która ma dużo fajnych wspomnień związanych z grami, ale nie umie wracać do tytułów sprzed lat. Taką grą do której pewnie już nigdy nie usiądę są Wrota Baldura. A wszystko to „wina” rozwoju grafiki i mechaniki gier. Po prostu sterowanie, zarządzanie drużyną, skrypty są tam zbyt archaiczne. Jednak do dziś pamiętam wiele speechy z gry (Po oczach ich Boo, po oczach!), czy questów. Trudno w sumie nie pamiętać nic z wirtualnej przygody, która trwała ponad 100 godzin. To była pierwsza styczność ze światem Zapomnianych Krain, potem nadeszły książki i Dungeons & Dragons z podręcznikami osadzonymi w tym uniwersum. Także jeśli potraficie przymknąć oko na starzejącą się grafię, czy sam gameplay, a Baldura nie znacie, to lepszego cRPG nie znajdziecie. Poza tym wtedy to ja mógłbym nakręcić filmik z unboxingu pudła zawierającego chyba z 12 płyt ze wszystkimi częściami i dodatkami, mapami, instrukcjami które wertowałem w poszukiwaniu jak najskuteczniejszych czarów… Nostalgia.

Teraz gram nałogowo w League of Legends. Wiecie, to taka gra w której dwie drużyny starają się zniszczyć bazę wroga idąc trzema ścieżkami. Do wyboru mamy kilkudziesięciu protagonistów, każdy ma jakieś określone umiejętności. Taki misz masz gry strategicznej ze zręcznościówką. Wciągaaaaaaa niemiłosiernie i puścić nie chce. Zwłaszcza jeśli jest możliwość takiego wyrobienia własnych zdolności, żeby zostać e-sportowcem (mnie to jednak nie grozi, bo za mało się skupiam). Drugą grą, która regularnie umila mi wieczory jest FIFA. Od trzech edycji gram w kopaną od EA Sports po przesiadce z Pro Evolution Soccer. Bardziej leży mi zarówno sterowanie, jak i dynamika gry i jej częściowa „niedzielność”. Nie trzeba znać wszystkich trików i układów klawiszy, żeby strzelać bramki. Choć często podczas meczy w obydwie powyższe gry klnę jak szewc, to jestem od nich uzależniony.

Książki to dopiero nałóg414155

Internet, social media, smartfony. Nie wygrają pojedynku z jedną rzeczą. Papierową książką. Jeśli chodzi o powieści z gatunku fantasy to jestem prawdziwym chomikiem i w domu (tym w Wołominie, do Warszawy przywiozłem tylko to, czego nie przeczytałem) mam ponad 500 tytułów. Głównie z wydawnictw ISA (Zapomniane Krainy) i Fabryka Słów. Na zdjęciu widzicie Harry’ego Pottera, którego mam zamiar niedługo sobie powtórzyć – w tej chwili z Dorotą powtarzamy sobie filmy – bo to na tym cyklu się wychowałem i pewnie w jakiś sposób mnie ukształtował. Tak, nie odbierajmy tej książce wartości wychowawczych, bo wszak najlepiej pokazuje, że przyjaźń i miłość wygrają z każdą przeciwnością, masa dobrych postaw i moralnych wzorów dla dorastającej dziatwy, która teraz zamiast czytać siedzi na Kwejku… Dobra, koniec morałów.

Mam takie dwie książki, które cały czas gdzieś mi siedzą z tyłu głowy. Pierwsza to „Dziedzictwo Krwi” z serii książek w uniwersum Diablo. Opowiada o najemniku, który przypadkowo znajduje zbroję wojownika oddanego siłom zła. Zbroja ta pozbawia Norreca wolnej woli i każe iść w wyznaczonym przez siebie kierunku. Przez pustynię, morza. Jest to powieść fantasy, ale jednocześnie gdzieś pokazująca w jakiej izolacji i matni własnych potrzeb żyją dzisiaj ludzie. Sama narracja jest raczej skupiona na bohaterze niż opisach, jest prosta, wręcz prostacka, ale przekazuje meritum. Być może to znowu wspomnienia związane z tą książką i piosenką „Serenity”, której nałogowo słuchałem podczas lektury sprawiły, że ta książka tak pozostała mi w pamięci.

Coś mam do tych książek, gdzie są złe moce. 😉 Drugim cyklem, z którym mam dobre wspomnienia i zapewne za jakiś czas do niego wrócę są książki Mike’a Carreya (gościa odpowiedzialnego za stworzenie komiksowego Constantine’a). Książki o Felixie Castorze to kryminały osadzone w Londynie niedalekiej przyszłości. Świecie w którym duchy, zombie i inne stworzenia mroku są już powszechnie znane, a nawet do pewnego stopnia akceptowane przez społeczeństwo. Jednak jak w każdej grupie społecznej zdarzają się pewne jednostki, które nie chcą się trzymać norm. To nimi zajmuje się Felix. W pierwszym tomie, „Mój Własny Diabeł” Castor przyjmuje zlecenie przepędzenia natarczywego ducha z pewnego archiwum. I wtedy się zaczyna. Książki są oparte na pewnym schemacie, łatwe zlecenie – dociekanie bohatera – grubsza sprawa – rozpierducha. Jednak wszystko jest poprowadzone w taki sposób, że bardzo trudno przewidzieć zwroty akcji, a sam bohater swoimi wewnętrznymi monologami wzbudza sympatię. Ponieważ odkryłem tę serię dość późno towarzyszyła mi przy tworzeniu bloga i końcówce studiów licencjackich.

To pierwszy z cyklu wpisów „rekomendacyjnych”, które mają być małą odskocznią od trzonu tematycznego bloga. Jeśli się spodoba to zapewne będę kontynuować i zachęcać Was do zostawiania komentarzy z własnymi propozycjami, czy to książek do przeczytania, czy kolejnych tematów. W sumie blog ma być też po to, żeby przekazywać trochę więcej „mnie”, prawda? Dzięki, że czytacie i do zobaczenia w Podsumowaniu Tygodnia!

logohd24154

 

Tagi: , , , , , , , , , ,