Czy reklama może być jak dobry film?

Zacznijmy od konkretu. Lubię reklamy, potrafię siedzieć godzinami na YouTube i szukać, oglądać te najlepsze, najbardziej kreatywne. Jasne, że kreatywność nie zawsze sprzedaje, czasami spot powstaje na potrzeby konkursów marketingowych, pokazania jaki to nasz klient jest fajny. Te dywagacje odsuńmy na bok. Ja chcę Wam dzisiaj opowiedzieć o dwóch mini-filmach, bo inaczej tego nie nazwę. Jest tam sporo opowiadania historii, ale w obu przypadkach zupełnie inaczej to ujęto. Mimo, że za obydwa dzieła odpowiada ten sam reżyser.

Maestro Ritchie

Często gęsto agencje zatrudniają do realizacji spotów dla dużych marek reżyserów z pierwszej ligi światowego kina. Jednym z takich twórców jest chociażby Guy Ritchie. Przez niektórych nazywany brytyjskim Tarantino i ja bardzo przychylam się do tej opinii, bo jest dla mnie najciekawszym reżyserem z Wysp. Odznacza go zarówno niestandardowy montaż, jak i konstrukcja historii, które opowiada widzom. Na początek żebyście wiedzieli o czym mówię, dwa trailery. Do Przekrętu (Snatch) i Rocknrolli.

Czujecie klimat? Szybkie ujęcia i nietypowe ujęcia, trochę przemyśleń bohaterów, narracja pierwszoosobowa, nieszablonowa muzyka. To znaki szczególne kina spod znaku Guy Ritchie. I jak się okazuje do pewnego stopnia przeniósł to również na grunt reklamy. Tak jak wspomniałem wcześniej, to są takie małe perełki, wręcz samodzielne opowieści, które wtłoczono w reklamową ramę. Gwarantuję, że jeszcze nie raz i nie dwa do nich wrócicie.

BMW, Clive Owen i Gwiazda

Dziś branded contentem określamy głównie website’y dedykowane, grafiki do postów na FB albo treści z blogów firmowych (jasne, że powstają jeszcze takie akcje jak Mr. Wolfdog, ale to jednak zbyt rzadkie). W 2001 roku, gdy Internet jeszcze mógł tylko pomarzyć o dzisiejszym zasięgu trzeba było sobie inaczej radzić. BMW widząc spadającą sprzedaż postanowiło odejść od swoich wysłużonych sposobów reklamowania aut i zaczęło myśleć jak tu ożywić swój wizerunek i jednocześnie pokazać walory nowych modeli aut. Dlatego bawarska firma rozpoczęła kooperację z Fallon Worldwide, agencją z Minnesoty.

Ci przyszli z takim konceptem. A gdybyśmy nagrali film, w którym głównymi gwiazdami są Wasze samochody? Do produkcji zaangażujemy mało znanego aktora (tak, to ta kampania sprawiła, że Clive Owen zaczął otrzymywać role w Hollywood) i sławnych reżyserów. Jednym z nich był właśnie Guy Ritchie. Zanim przejdziemy do jego „filmu”, jeszcze słowo o dystrybucji tych treści. Otóż uruchomiono stronę http://www.bmwfilms.com (już nieaktywna) skąd można było pobierać video, w salonach BMW rozdawano DVD, ale również telewizje podchwyciły temat i w niektórych przypadkach nawet bez opłacenia puszczały epizody „The Hire” – tak nazywał się cały cykl – jako trailery. Do tego dochodziły plakaty, billboardy, to co zwykle spotykamy przy okazji premier filmowych.

Do czerwca 2003 wszystkie spoty zostały obejrzane ponad 45 milionów razy (pamiętajmy, że mówimy o czasach sprzed ery YouTube i social media. Sprzedaż wzrosła o 17%, a twórcy zostali nagrodzeni Grand Prix w Cannes. Przejdźmy jednak do mięsa, czyli klipu o tytule „Star” w którym występowała aktualna wtedy małżonka reżyserka, królowa pop, Madonna. Miłego seansu.

9 minut, 9 x 60 sekund kontaktu z komunikatem od marki. Co prawda stworzonym na zasadzie product placementu, ale zdecydowanie przyjemniej się ogląda niż wiele polskich seriali do których ktoś próbuje wcisnąć markę klienta. Co widzimy w „Star”? Ekstremalne wykorzystanie BMW M5, dobre aktorstwo i budowanie klimatu. Wszystko to okraszone humorem Ritchiego i naprawdę świetną pracą kamery. Tadam, ile znacie reklam, które zajęłyby Was na tyle czasu?

Ja takiej nie znam, ale kolejnym reklamowym dokonaniem reżysera Przekrętu był spot dla Nike, w którym to głównym bohaterem jest młody piłkarz. Wszystko widzimy jego oczami. Trening, grę. Montaż robi wrażenie. Jak się łatwo domyślić głównym bohaterem był Robin Van Persie, wtedy gracz Arsenalu.

Obejrzeli? Wciąż jesteście tu ze mną? Prawda, ze dość nieszablonowy pomysł na spot piłkarski? Wszystko widziane z perspektywy pierwszej osoby, na dodatek z muzyką od Eagles of Death Metal. Te ponad 180 sekund czystego piłkarskiego szaleństwa miało za zadanie zapoznać nas z nowym sloganem Nike „Take It To The Next Level”, a przecież ta reklama to nic innego jak od zera do bohatera, od amatora do top snajpera drużyny. Reklamę emitowano przed mistrzostwami Europy w 2008 roku, zazwyczaj w wersji 2-minutowej. Niestety nie mogłem znaleźć wiarygodnego źródła na temat efektów tej kampanii, jednak na dwóch mirrorach na YouTube obejrzano ten spot ponad 2,3 miliona razy.

Zatem. Co sądzicie o tych dwóch reklamach? Przekombinowane? Wymagające zbyt dużo uwagi? Czy może właśnie takie, że chce się je oglądać i mimochodem chłonąć to co marka chce nam przekazać? W obydwu przypadkach prezentacja produktów jest dość naturalna, wpleciona w fabułę i obraz. Bez rzucania packshotami jak w reklamie proszku do prania. Dostajemy marketingowy przekaz z najwyższej półki i coś takiego chciałbym widzieć podczas przerwy reklamowej na Polsacie, gdy spędzam Święta u babci, a nie tylko jakieś leki i inne Perwolle.

logohd24154

Tagi: , , , , , , ,