Cztery lata blogowania – cztery rzeczy których się nauczyłem

Dziś (to jest 11 kwietnia 2015 roku), mijają cztery lata od założenia przeze mnie bloga. I jest to najciekawsza przygoda w moim życiu, coś co tworzyłem od początku sam, gdy każda inna inicjatywa kończyła się słomianym zapałem. Dziś jestem w miejscu o którym nawet te kilka lat wstecz nie myślałem. Blogowanie w jakiś sposób mnie ukształtowało, pomogło w karierze, a także pozwoliło poznać masę ciekawych ludzi. Chciałbym zatem się z Wami podzielić czterema myślami, które są dla mnie podstawą mojego podejścia do tworzenia własnego miejsca w sieci.

Prawda jest gdzieś po środku

Nie raz i nie dwa zastanawiałem się nad tematami wpisów. Czasami starałem się podpiąć pod jakiś trend lub wydarzenie. Innym razem to czytelnicy chcieli o czymś przeczytać. I tak naprawdę w przypadku takiego bloga jak mój czasami muszę się podporządkować tym dla których to robię. Z drugiej strony jednak czasami wolę trochę odskoczyć od osi tematycznej bloga i napisać coś innego, inaczej. W obydwu przypadkach zdało to egzamin. Pisałem, że nie warto być więźniem własnego bloga. To nawet za mało, nie warto być więźniem własnej niszy i upodobań. Każde wyjście poza schemat to możliwość na rozszerzenie spektrum zainteresowań, wiedzy. 

Warto dokładać do swojej twórczości kolejne elementy, niczym klocki w wieży z LEGO (jeśli lubicie tę markę tak jak ja, to zerknijcie tutaj). Owszem trzeba wyjść od tematyki, która będzie bloga napędzać, ale czemu czasem nie napisać czegoś w innej konwencji? Ja tak robiłem chociażby z wpisami dotyczącymi fantasy i RPG (tutaj jeden z nich). Chciałem zrobić coś takiego i nie wiedziałem jak przyjmą to moi odbiorcy. Zaryzykowałem i się opłaciło, bo teksty rozchodziły się bardzo dobrze w social media. Z drugiej strony jeśli ktoś nam podrzuca temat, to znaczy, że wiedza w tym zakresie jest potrzebna, zatem nawet jeśli nie jesteście w 100% przekonani, to zróbcie research, dajcie subiektywną opinię i rzetelnie podejdźcie do temat, bo…

Nie możecie być zadowoleni z tekstu w 100%

Dotąd nie napisałem takiego wpisu po którym czułbym, że to jest właśnie to. Moja Odyseja, mój Pan Tadeusz, czy inny Władca Pierścieni. Zawsze po opublikowaniu pojawia mi się myśl „Mogłem to dopisać i tamto”. Tylko, że to właśnie napędza do tworzenia kolejnych artykułów, nawet w podobnej tematyce i dotyczące podobnych zagadnień. Nikt przecież nie powiedział, że jeśli raz napisałem o kreatywnych kampaniach na Instagramie, to więcej mam do tego nie wracać. A może po kilku miesiącach zmienią się trendy albo podejście do takich aktywności? Dlatego też idąc śladem Pawła Tkaczyka, staram się pisać nie w newsowy sposób, a raczej metodą, że wpisy mają być aktualne za rok, za dwa lata.

Nawet jeśli wtedy ktoś na nie trafi, to wciąż wyciągnie z nich coś dla siebie. Owszem, zdarza mi się pisać kontekstowo, ale nie to ma być meritum. Do mojego ciągłego „niezadowolenia” dochodzi jeszcze to, że teksty publikuję na gorąco. Nie robię korekty (ta już idzie w locie), ani nie dodaję dodatkowych treści. Czemu? Bo zdarzało mi się wtedy przekombinować cały wpis. Stawał się zbyt rozbudowany, potrzebował dodatkowych wyjaśnień i przytaczania różnych faktów. I takie pisanie zaczynało mnie męczyć, dlatego to co czytacie od ponad dwóch lat to efekt mojego specyficznego strumienia świadomości. Siadam, piszę, formatuję, dodaję zdjęcia i tagi, a potem klikam Opublikuj. Jeśli wtedy jest coś do poprawki (literówki, przejęzyczenia) to już pracuję na żywym organizmie.

evernote-premium-tmobile-chmura-biurko-notes-notatnik-praca

Social media cały czas są ważne

Kolejną ważną rzeczą jest podejście do social media. Są blogerzy, którzy fanpage traktują trochę na zasadzie „musi być, to jest”. A to nie o to chodzi. Macie tam miejsce na krótsze myśli, pokazywanie różnych rzeczy w szybki sposób. Czasami może to być nawet zalążek późniejszej notki na blogu. Wiem, że zasięgi już nie te i w ogóle, ale chociażby Facebook wciąż generuje całkiem porządny ruch. U mnie wręcz jest głównym jego źródłem. Dlatego ważne jest, żeby ustalić sobie co publikujemy w social media i tworzyć taką „osobowość transmediową” o której kiedyś pisała Natalia Hatalska. Macie Twittera, Instagrama, LinkedIna. Za pomocą każdej z tych platform można tworzyć treści, które mają być drogami do jednego miejsca.

Do naszej twierdzy, którą jest blog. Tak właśnie w jednej ze swoich książek pisał Chris Brogan (jeśli nie czytaliście Zaufania 2.0, to nadrabiajcie, bo to właśnie ta książka ukształtowała mnie jako blogera) – blog jest twierdzą, czymś stałym i nie do zburzenia, a social media to przyczółki na traktach prowadzących do niego. Dlatego w ciągu tych czterech lat nie zaniedbywałem swoich kanałów social media (w sumie to dzięki nim zarabiam) i ciągle eksperymentowałem, sprawdzałem co działa, a co nie. Kiedy publikować, kiedy linkować wpisy z bloga. Jeśli zaczniecie się tymi socialami bawić, to wtedy dopiero zobaczycie pozytywne skutki, jeśli zaś traktujecie to jako konieczność, to nie płaczcie, że macie niskie zasięgi.

Współprace na blogu powinny być tylko skutkiem ubocznym

Wiecie co mnie najbardziej irytuje w początkujących blogerach? Chęć zarabiania, tu i teraz. Gdy nawet jeszcze nic sobą nie reprezentują, gdy nie skumulowali pewnego kapitału społecznościowego, a najlepiej przygotowaną zakładką na ich blogu jest ta dotycząca współpracy. Otóż zarabianie na blogu powinno być skutkiem naszej twórczości, a nie celem! Fajnie jest dostać brief od znanej marki i podnieść sobie stan konta bankowego, ale nie gdy nasz blog składa się z trzech wpisów napisanych na kolanie.

Pracuję w agencjach od blisko czterech lat i dostawałem multum propozycji współpracy. Gdy prowadziłem profil pewnej marki FMCG dostałem zapytanie o przesłanie produktów do testów od blogerki prowadzącej blog (UWAGA!) mamamaciusiatestuje1.blogspot.com. Czemu ta jedynka w nazwie? Bo bez cyfry i „zero” już były zajęte! Brak oryginalności w nazwie to jednak pikuś, same wpisy nawet nie były testami, jedynie zdjęciami produktów i opisami z etykiet oraz totalnie nierzetelnymi ocenami (spektrum ocen zaczynało się od 8, a kończyło na 12/10, serio!). Owszem, ta pani nie zarabiała na swoim blogu, ale ktoś jej te produkty wysyłał, więc potencjalny zysk był. I smutno mi się robi, że ludzie tak psują rynek, że głównym motywem do pisania w sieci są dla nich korzyści materialno-finansowe. Dlatego nie idźcie tą drogą, najpierw content i wizerunek, a dopiero potem zarabianie.


Przyznam się Wam, że te cztery lata minęły w zawrotnym tempie. A przecież to dopiero początek mojej blogerskiej drogi. Widzę ile jeszcze mogę się nauczyć od innych, co mógłbym wykorzystać u siebie lub przetestować. Dlatego na koniec sprzedam Wam jeszcze jeden tip. Nie idźcie na skróty, jeśli chodzi o tworzenie czegokolwiek. Pomęczycie się, załamiecie się kilka razy, że nie wychodzi tak jakbyście chcieli, ale jeśli przez to przejdziecie, to przed Wami już tylko same sukcesy i rosnące słupki odwiedzin/liczby fanów/lajków.

logohd24154

Tagi: , , , , ,