Bez ciśnienia

W czasie tygodniowego urlopu miałem całkiem sporo czasu na rozmyślanie, zrelaksowanie się i pewne zdystansowanie od codziennych obowiązków w pracy. To pozwoliło mi wyciągnąć parę wniosków, które powinny wpłynąć na moją produktywność i jakość tego co robię, zawodowo i blogowo. Zacznijmy jednak od pewnego dość szkodliwego trendu.

Kult bycia zajętym

Sam czasami łapałem się na tym, że tworzyłem wokół swojego dnia otoczkę „zajętości”. Tyle tematów, rzeczy do zrobienia. Wszystko po to, żeby poczuć bat nad sobą. Jasne, jeśli gonią terminy, a zadania zaczynają się mnożyć w Wunderliście, to człowiek trochę się spina i nie szuka wymówek. Tylko cierpi na tym jakość tego co się robi, potem wprowadza się poprawki i wraca do czegoś, co można było zrobić lepiej, gdyby tylko lepiej zarządzać deadline’ami.

U niektórych znajomych widzę jak piszą ile czasu spędzają w biurze, że wychodzą o 22:00 do domu i idą od razu spać, bo jutro będzie to samo. Wtedy zazwyczaj pojawia się u mnie myśl „Chwalisz się, czy żalisz?” – chyba całkiem słusznie. Taka postawa świadczy albo o słabej produktywności albo nieumiejętności wyznaczenia terminu oddania prezentacji, dokumentu czy innego Excela. Zazwyczaj wszystko da się dogadać.

Kolejna sprawa, to praca na urlopie. Mignął mi taki status w czasie tych moich kilku dni odpoczynku (który też był delikatnie przerywany sprawami zawodowymi, niestety), jak ktoś liczył ile maili, telekonferencji i zadań zrobił pracując z domu, gdy dzieciaki musiały się zająć sobą. A gdzie czas na odpoczynek czy po prostu prokrastynację?

Właśnie takie „nicnierobienie” potrafi być najbardziej twórcze. Dość często zdarza mi się, że leżąc i myśląc o zupełnie innych rzeczach nagle wpadam na jakiś pomysł. Idea kreatywna do oferty dla klienta, pomysł na wpis blogowy lub po prostu myśl warta zapamiętania. Kiedyś czytałem pewne opracowanie w którym opisywano, że nasz proces myślowy czasami działa jak system operacyjny. Jeśli zapchaliśmy pamięć RAM innymi zadaniami, to gdzieś tam w tle cały czas mieli się coś nad czym rozmyślaliśmy, ale bez lepszych skutków. Mija kilka godzin, rozluźniamy się – czyścimy zasoby RAM – i nagle eureka, puzzle naszej idei same się ułożyły.

Żonglowanie zadaniami

Z powyższym jest też związane to jak podchodzimy do wykonywania zadań. Multitasking to bardzo modny termin, ale coraz więcej naukowców stwierdza, że to tylko wyczerpuje nasz mózg – tutaj macie fajny tekst do przeczytania. Co zatem powinniśmy robić, żeby pracować produktywnie, gdy lista rzeczy jest dość długa?

Po pierwsze, zacząć od najprostszych rzeczy i nie rzucać się na głęboką wodę. Wtedy wytworzymy w sobie poczucie „zrobienia czegoś”, bo choć zadanie było proste, to jest ukończone. To wiąże się też z umiejętnością priorytetyzowania obowiązków.

Po drugie, czas jaki przeznaczamy na konkretny problem do rozwiązania. Daniel Levitin, profesor McGill University twierdzi chociażby, że na konkretne zadanie powinniśmy przeznaczyć od 25 minut do 1 godziny. Bo dopiero w takim czasie nasz mózg przechodzi „rozgrzewkę”. Dodatkowo wypadałoby robić kwadransowe przerwy co kilka godzin, żeby podobnie jak w telefonie z Androidem wyczyścić wszystkie aplikacje w tle i wrócić do tego co mamy zrobić ze świeżą głową. Czasem dobrze też przejść na chwilę do innej „strefy”. Co mam na myśli?

Co z czasem na naukę?

Na początek obejrzyjcie sobie wystąpienie Eduardo Briceno z TED – klik, klik. Wróciliście? Super. To już wiecie o jakich strefach mowa. Strefa wydajności to miejsce w którym spędzamy najwięcej czasu w pracy. Wykorzystujemy w nabytą wiedzę i umiejętności, zwyczajnie dopinamy to co nam zlecono. Tylko w pewnym momencie zaczyna to trochę taką robotę w fabryce. Złóż pudełko, włóż produkt, zaklej, złóż pudełko…

Druga strefa jest równie ważna, jeśli nie ważniejsza. To strefa nauki w której eksperymentujemy, sprawdzamy różne możliwości, a reperkusje związane z ewentualną porażką są stosunkowo niskie. Stracimy praktycznie tylko czas – polecam jeszcze ten tekst, „Why Learning Is A New Procrastination”, bo naukę wyciągamy też z praktyki. Tutaj nawet nie mówiłbym o samej praktyce, ale też po prostu porównywaniu swoich doświadczeń z innymi, rozglądaniu się za alternatywami poprzez studiowanie różnych przypadków oraz szukaniu źródeł problemu.

Dlatego polecam Wam, żeby pomiędzy te wszystkie ptaszki do odznaczenia na Waszej liście dorzucić czas na „pielęgnowanie własnej grządki” – bloga, projektu wewnętrznego w firmie, programu szkoleń dla kolegów z pracy itd. Nawet w godzinach pracy, zamiast ślęczenia do późna w celu nadrobienia zaległości.

Powoli, a dokładniej

Tak samo jak w blogowaniu nie chcę być więźniem własnego bloga (o czym pisałem tutaj), tak w pracy nie chcę być zakładnikiem „listy to-do”. Bo owszem, można do życia podchodzić zgodnie z mottem Króla Juliana, „Szybko! Zanim dotrze do nas, że to bez sensu”, tylko co nam to rzeczywiście daje? Oprócz stresu, poddenerwowania, wiecznego uczucia z tyłu głowy, że coś koniecznie trzeba zrobić?

Chwilę mi zajęło, zanim odpowiedziałem sobie na te pytania. Właśnie dłuższa chwila odpoczynku i radosnej prokrastynacji (zabawa z psem, czy po prostu drzemanie) pozwoliły mi ułożyć to sobie w głowie. Małe zmiany, a pewnie ucieszą nie tylko mnie, ale też moje otoczenie.

logohd24154

Tagi: , , , ,